Szwajcarsko-austriacka spółka autorska: Andreas Sauter i Bernhard Studlar dała się już poznać publiczności Teatru Telewizji jako twórcy dramatu „I znaczy Inna”. Ich sztuka „Czerwone Komety”, która miała polską prapremierę 9 grudnia 2007 r, na scenie tarnowskiego teatru im. Ludwika Solskiego, utrzymana jest w znacznie lżejszym tonie, akcja toczy się w zawrotnym tempie, a dialogi skrzą się dowcipem. Sauter i Studlar opowiadają nie tylko o syndromie przedświątecznej gorączki, w której całkowicie zatracił się duchowy wymiar Bożego Narodzenia, ale snują także refleksje nad pustką wewnętrzną młodego pokolenia, jego chaotycznością i niezbornością idei oraz działań, potrzebą buntu „przerośniętych dzieci”. Brak głębszych przeżyć emocjonalnych przerodził się bowiem u wychowanych w dobrobycie dzieci „rewolucjonistów” ‘68 r. w uwierający kompleks, z którym próbują sobie jakoś radzić. Podczas ostatnich przygotowań do świąt Bożego Narodzenia siostry: Lili i Bibi, zmęczone domową krzątaniną, przysięgają sobie, że już nigdy więcej nie dadzą się wciągnąć w świąteczny kołowrót. Koniec z choinkami, Mikołajami, prezentami, wystawnymi rodzinnymi obiadami itd., choćby miało to wywołać zdecydowane protesty rodziców. Zamężna Lili obiecuje nawet młodszej siostrze, że do kolejnej Gwiazdki postara się o dziecko Mija rok, nadchodzi 22 grudnia. Lili i jej mąż Leopold nie dorobili się potomka, zbyt zajęci pracą: ona w branży reklamowej, on jako dealer samochodowy. Leopold dochodzi do siebie po wczorajszej, suto zakrapianej imprezie firmowej. Z gazety dowiaduje się, że szalejący od jakiegoś czasu po mieście przedziwni terroryści spod znaku Czerwonych Komet – zabierający bogatym i rozdający biednym – znów zaatakowali. Lili po raz kolejny przypomina mężowi o planach zrobienia sobie potomka, ale Leopoldowi akurat daleko do szczytowej formy. Poza tym nieoczekiwanie w ich mieszkaniu pojawiają się mocno zdenerwowani rodzice Lili, Margaret i Alfons. Okazuje się, że ktoś porwał ich czternastoletniego kota Gustawa, ulubieńca Margaret. Co gorsza, porywacze żądają za niego aż 10 tys. euro okupu. Leopold, przekonany, że kot padł ofiarą Czerwonych Komet, uważa, że porwanie to dobry pretekst do tego, żeby się go w ogóle pozbyć. Alfons, dentysta narzekający, że wykańcza go tańsza konkurencja ze Wschodu, też nie kwapi się z płaceniem. Ale Margaret nie wyobraża sobie, by mogła Gustawa nie odzyskać. Córki ją popierają. Zapada więc decyzja o przekazaniu okupu. Podczas gdy starsi państwo udają się do banku, przez mieszkanie Lili i Leopolda przewijają się kolejne osoby: bezrobotny kolega Leopolda, Rudiger, który dorabia przed świętami jako Mikołaj, oraz przyjaciółka Lili, Antonia, szczęśliwa matka i żona, opowiadająca Lili o urokach macierzyństwa. Następny dzień jest jeszcze bardziej szalony. Nadal nie ma warunków do robienia dzieci, okup znika, kot się pojawia, ale jakiś odmieniony, Antonia już nie jest szczęśliwą żoną, a Rudiger zostaje omyłkowo wzięty za kidnapera, a raczej „kotnapera”. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie aż do zaskakującego zakończenia. Na pewno nie będą to sztampowe święta, choć rewolucja jest tylko pozorna.